tło

piątek, 26 stycznia 2018

Tomaszów Lubelski, Myców i Wyżłów - kresy

W piękny czerwcowy weekend postanowiliśmy pojechać do Poleskiego Parku Narodowego. Tak by brzmiała wersja perfekcjonistów, natomiast u nas wyglądało to trochę inaczej:
Telefon od Andrzeja:
- Gdzie jesteś?
- Na Roztoczu.
- O to zgarnę Cię po południu i pojedziemy w Lubelskie.
- Ale jak to, przecież nie mamy nic zarezerwowane, a nie wzięłam śpiwora żeby spać w samochodzie!
- To nic, znajdziemy coś po drodze.
- Po drodze dokąd?
- Nie wiem, zobaczymy. Na razie będziemy kierować się na północ, bo tam jeszcze nie byliśmy.

Już na starcie mamy do odwiedzenia kilka miejsc, w których kiedyś byliśmy, ale z jakiegoś powodu nie zobaczyliśmy wszystkich zabytków. 

Prawosławna pw. św. Mikołaja Cudotwórcy w Tomaszowie Lubelskim
Tak było np. z Tomaszowem Lubelskim, gdzie cerkiew poprzednio była zakryta rusztowaniami,  a teraz możemy podziwiać efekty renowacji. Piękna bryła, choć ten odcień żółtego wyjątkowo mocno do mnie nie przemawia.

Kościół Zwiastowania NMP w Tomaszowie Lubelskim



Ostatnio w Tomaszowie pominęliśmy również modrzewiowy kościół. Barokowe sanktuarium wśród starych lip stoi w tym miejscu od  1727 roku. 
Ołtarz Matki Bożej Szkapleżnej

Świątynia przyjęła pod swoje drewniane sklepienie obraz Matki Boskiej Szkaplerznej, po różnych przygodach jak np. porwanie przez Szwedów.


Wjeżdżamy do województwa lubelskiego przybliżając się do granicy z Ukrainą. Domy pojawiają się coraz rzadziej ustępując miejsca rozległym polom. Co jakiś czas ukazuje nam się sielski obrazek, gdzie drewniana chata występuje w parze z bocianem, a na miedzy spośród traw wyziera do nas samotna kapliczka. 

Taki krajobraz oznacza tylko jedno: jesteśmy na wschodnich kresach Polski, na terenach, do których przyciąga nas tajemnicza siła nostalgii.
Budynin
Żadne z nas nie wypowiedziało na głos celu tej wycieczki, bo było dla nas oczywiste, że skoro jedziemy w lubelskie, to obowiązkowo musimy wstąpić do miejsca, które poprzednim razem nam umknęło, a które jest wyjątkowe i stanowi jakby esencję naszych kresowych zainteresowań. Mowa o przygranicznej wiosce Wyżłów. Ale o tym za chwilę, bo najpierw mijamy cerkiew w Budyninie i powracają miłe wspomnienia, naszych przygód w poszukiwaniu dogodnego miejsca na nocleg w letnią, burzową noc.
Zbliżając się do Mycowa
Na horyzoncie pojawia się również cerkiew w Mycowie. Patrząc na zarys pofalowanych pól, mieliśmy zeszłego roku wrażenie, że dalej już jest tylko Ukraina, ale tym razem nie damy się zmylić i wjeżdżamy prosto na piaszczystą drogę. 
Droga do Wyżłowa
Ze szczytu wzgórza mamy wioskę jak na dłoni, choć wioska to za dużo powiedziane.... kilka domów, które są zamieszkałe tylko w lecie... W zimie musi być tu przerażająco cicho.




Pod górkę ktoś wprowadza rower zostawiając za sobą kłębuszki kurzu. Chyba nie jest łatwo tu żyć, gdy za sąsiada mamy jedynie słupki graniczne, a do sklepu po deszczu trzeba przebrnąć przez błoto. Nie możemy się nadziwić, gdy okazuje się, że ów rowerzysta wcale nie jest mieszkańcem tylko .... strażnikiem służby granicznej! Z lekką zadyszką prosi nas o dokumenty, więc mamy przymusowy postój, który wykorzystuję na szukaniu ciekawego kadru cerkwi, którą widać stąd doskonale. 
Wyżłów
Wreszcie zakręcamy koło kapliczki i kierując się w lewo, mijamy opuszczony dworek, może dawną plebanię i docieramy do opuszczonej cerkwi. 


 Cerkiew greckokatolicka p.w. św. Mikołaja w Wyżłowie
Spotkałam się w internecie z datą wybudowania 1917, ale tablica informacyjna przy cerkwi wskazuje na rok 1910.

Wydawałoby się, że na tym swoistym końcu świata, a przynajmniej Polski, zastaniemy zaniedbane chaszcze, a tym czasem teren wokół jest wykoszony, a właściwie to wytruty, ogrodzony i postawione są nawet dwie tablice z opisem.
Po wojnie użytkowana przez jakiś czas jako kościół rzymskokatolicki




Świątynia posiada drewniany bęben, kopułę i latarnię co czyni ją wyjątkową, gdyż reszta bryły jest murowana. 

Z bocznych drzwi została tylko chwiejna futryna, więc wchodzimy do środka, ale niewiele tu pozostało do oglądnięcia. Wyposażenie zostało rozkradzione w ciągu wielu lat nieużytkowania.

Wracając tą samą polną drogą odbijamy jeszcze na chwilę na prawo do Mycowa. Tym razem nagrobki przy cerkwi są lepiej widoczne, bo niezarośnięte. Poza tym nic się nie zmieniło.
Cerkiew i cmentarz w Mycowie



Zostawiamy za sobą prawie wyludnione przygraniczne wioski z ich ciszą i historią.



Wracając już do głównej drogi, wypatrzyliśmy stary cmentarz. Światło zachodzącego słońca uwypukliło każdy detal na niszczejących figurach, każdy kosmyk mchu wdzierającego się na zimny kamień i każdy fragment rdzy trawiącej to co pozostało. 





Znaleźliśmy przy głównej trasie pierwszy lepszy nocleg, by o świcie wyruszyć dalej na północ. Po zerknięciu na mapę ustaliliśmy, że naszym ostatecznym celem będzie Poleski Park Narodowy, o którym przeczytacie w następnym wpisie.


** klikając na podkreślone nazwy miejscowości, przekieruje Was do ich opisów w starszych  wpisach 

poniedziałek, 8 stycznia 2018

Nowy Sącz przez Beskid Niski

Każda okazja jest dobra, żeby choć przez chwilę zobaczyć przestrzeń Beskidu Niskiego. Choćby tylko z okien samochodu, choćby tylko po drodze.
Beskid Niski



Otwierają się przed nami przestrzenie łąk i lasów, w dolinach słychać jedynie echo głuchej pustki. Czasem przydrożny krzyż przypomni, o życiu jakie tu się toczyło najzwyklej w świecie, dopóki nie nadeszła wojna i jej tragiczne skutki. W drodze do Nowego Sącza zatrzymujemy się jedynie przy cerkwi w Olchowcu. Jedna z bardziej charakterystycznych ze względu na kamienny mostek, który nadaje jej charakteru.


W cerkwi w Olchowcu odprawiane są nabożeństwa zarówno rzymskokatolickie jak i greckokatolickie
 Tzw. wyposażenie ruchome cerkwi jest bardzo często faktycznie ruchome i tak w przypadku Olchowca, dzwon po wojnie trafił do Dukli skąd jednak szczęśliwie wrócił, natomiast ikonostas zawędrował pod Przemyśl do nowej cerkwi w Gajach, a z kolei tutaj trafiły ikony z dwóch nieistniejących już cerkwi. 

Łemkowska chyża gdzieś po drodze
Dalej droga wiedzie nas wzdłuż zalewu Klimkówka, który ciągnie się na długości ponad 5 km. Budowę zapory rozpoczęto w latach 70. XX wieku, ciekawe co kryje się na dnie zbiornika, jakie pamiątki przeszłości zamknięte zostały pod taflą wody?
Zalew Klimkówka
Wjeżdżamy do nowego Sącza przez most na Kamienicy, szkoda, że już nie zwodzony. Zwiedzanie zaczynam od pozostałości zamku królewskiego, dzięki któremu miasto, wraz z systemem umocnień, było głównym punktem obronnym Pogórza Karpackiego przed rozbójnikami. 
Zrekonstruowana Baszta Kowalska
Stąd już rzut beretem do innych zabytków stolicy sądecczyzny. Nie zamierzam jednak zobaczyć dzisiaj wszystkiego, zostawię trochę na inną okazję, a dziś skupię się na kilku najważniejszych.


Bazylika kolegiacka św. Małgorzaty



Rynek w Nowym Sączu jest dość przestronny, nie spodziewałam się ujrzeć tak dużego i kipiącego przepychem ratusza. Okazuje się, że został wybudowany dopiero pod koniec XIX wieku, na miejscu spalonego. Natomiast replikę oryginału możemy obejrzeć w 'Miasteczku Galicyjskim' stanowiącym część Muzeum Etnograficznego, gdzie właśnie za chwilę się udam, gdyż jest to mój główny cel tej wycieczki.
Ratusz w Nowym Sączu


 



Przed właściwą częścią skansenu znajduje się ogólnodostępne „Miasteczko Galicyjskie”. Jest  ono rekonstrukcją małomiasteczkowej zabudowy z przełomu XIX i XX wieku. 
Rekonstrukcja ratusza w Miasteczku Galicyjskim

Wokół rynku mieszczą się różne zakłady, np. atelier fotografa, pracownia zegarmistrza, urząd pocztowy. Najdłużej przepadłam w ... sklepie kolonialnym. 
Sklep kolonialny
Ta część jest otwarta, dlatego że w zrekonstruowanych budynkach mieści się również hotel, restauracja, kawiarnia, czy np. sklep ze starociami.

Następnie udałam się do kasy, po bilet do płatnej części, gdzie spotkały mnie dwie niespodzianki. Niemiła, bo część skansenu jest w remoncie i nie zobaczę wszystkiego. I miła - za to będę mieć panią przewodnik na wyłączność, w cenie normalnego biletu. 


Znacie moją słabość do skansenów. Mogę błądzić pomiędzy chatami bez poczucia czasu. Bo w takich miejscach właściwie czas sam się pogubił. Stare budowle we współczesnym świecie - zegar dla nich się zatrzymał. 

Pani przewodnik zaczęła swoją opowieść przeciągłym ziewnięciem, co nie wróżyło zbyt dobrze. Ale sama przyznała, że dopiero dochodzi do niej kolejna kawa i po chwili faktycznie odzywa się w niej pasja i obie odpływamy w opowieść do zamierzchłych czasów.
Zabudowa kolonistów niemieckich
Wnętrza mieszkań kolonistów niemieckich

Skansen skupia obiekty reprezentujące kulturę ludową historycznej Sądecczyzny. Region ten obejmuje cztery grupy etnograficzne: Lachów Sądeckich, zachodnią część Pogórzan, Górali Sądeckich i Łemków Nadpopradzkich. I wbrew oczekiwaniom, zwiedzanie zaczynamy od budynków kolonistów józefińskich zwanych Niemcami Galicyjskimi, którzy zostali sprowadzeni do Galicji przez cesarza Józefa II.



Dopiero potem wkraczamy na tereny rdzennych mieszkańców, zaglądając do dworów, warsztatów rzemieślniczych i najbiedniejszych kurnych chat.




Tutejsi Łemkowie zapożyczyli trochę styl domów od Polaków.
Ucieszyła mnie wiadomość o planowanej rozbudowie skansenu. Takich miejsc nigdy dość. 

Powrót z przeszłości zakańczam ciepłym napojem w gospodzie, żeby powoli uspokoić umysł od wyobrażeń o życiu w czasach wcale nie tak odległych, a tak bardzo różnych od dzisiejszych.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...