tło

wtorek, 11 lutego 2020

Wakacje w Albanii nad morzem

Wakacje nad morzem w Albanii zaczęliśmy od północy w Durres, kończąc na samym południu w Ksamilu. Połączenie gór i morza jest moim ulubionym, jeśli do tego dochodzi dobre jedzenie i trochę kultury, to wystarczy do szczęścia. Albania dała nam to wszystko.



niedziela, 17 listopada 2019

Zwiedzanie Albanii

Albania na wakacje wydaje się nie taka oczywista. A jednak cieszy się rosnącą popularnością wśród Polaków. Krystaliczne morze, śródziemnomorska pogoda, ceny podobne jak u nas, czego chcieć więcej? Albania zaskoczyła mnie pozytywnie, znalazłam w niej zarówno piękne plaże, jak i góry oraz antyczną historię.
Plaże w Albanii. Gjipe Beach.
Plaża w Albani


sobota, 19 października 2019

Wolontariat w Portugalii

Wolontariat w Portugalii chodził mi po głowie już od dłuższego czasu. Jak zostać wolontariuszem za granicą i nie tylko dowiedziałam się ze strony workaway.com. Wystarczy założyć i opłacić swój profil i szukać miejsc oferujących wolontariat tam gdzie chcemy, a są one na całym świecie. Miałam na tyle szczęścia, że swojego gospodarza poznałam na żywo zanim zobaczyłam jego ofertę na workaway. W innych przypadkach jest to loteria na kogo się trafi, czy się będziemy dogadywać i czy miejsce jest zgodne z opisem.



Workaway wolontariat


poniedziałek, 14 października 2019

Lizbona

Siedzę w cieniu drzew, delektując się każdym łykiem znakomitej kawy. W Portugalii nawet najgorzej wyglądająca kawiarnia z plastikowymi krzesłami serwuje dobrą kawę. Obserwuję ludzi, nie śpieszą się, podchodzą do barierki zapatrzeni w czerwone dachy nieregularnie rozrzucone trochę jak klocki, którymi dziecko przestało się bawić. Mężczyźni cierpliwie robią zdjęcia swoim partnerkom. Pierwsza poza z wydłużoną nogą z przodu, kontrola jakości na telefonie, widzę grymas na ich twarzach i drugie podejście tym razem z większą ilością instrukcji dla fotografa bez wyboru. Poranne słońce zaczyna mnie oślepiać, mrużę oczy i wracam wspomnieniami do momentu, gdy zrodził się pomysł przyjazdu tutaj. Lizbona majaczyła, gdzieś w moich marzeniach, gdy po raz pierwszy sięgnęłam po Cień Wiatru Zafona. U niego przybrała tajemniczą postać we mgle, ale wiedziałam, że ma też wakacyjną twarz, choć nostalgia jest wpisana w jej krajobraz. Pastelowe tynki odpadają z kamienic jak mozaika, odsłaniając szarą warstwę smutku skrywanego pod kolorową maską. Lizbono chyba mamy coś wspólnego.


Kawa w małej filiżance kończy się, ale moja przygoda tutaj dopiero się zaczyna. Wstaję zanim głośna grupa turystów z Chin zaleje zaciszny placyk. Idą  jak armia z aparatami wyciągniętymi przed siebie na kijku zamiast broni. Muszę uważać żeby mnie nie stratowali, bo swoimi cyfrowymi oczami widzą tylko to, co pokażą na social media. Właśnie między innymi dlatego zaczęłam się mocno zastanawiać nad sensem i formą  mojego zwiedzania. Jak nie popaść w schemat odhaczania atrakcji i czy to coś złego wjechać na wieżę Eiffla tylko dlatego, że jest to masowa turystyka? Czy warto ominąć ten widok dla idei świadomego podróżowania? Wciąż szukam złotego środka i odpowiedzi na to pytanie, których być może nie ma. Wiem na pewno, że chcę doświadczyć czegoś innego niż do tej pory, chcę zatrzymać się  na dłużej i wczuć się w klimat obcej kultury i specyfiki miejsca. Chcę wsiąknąć, chcę mieć czas na obserwację nie patrząc do przewodnika.

Z tych przemyśleń zrodził się dwa miesiące wcześniej pomysł wzięcia udziału w wolontariacie. Miałam już za sobą pozytywne doświadczenia w tym temacie w Polsce, więc zarejestrowałam się na międzynarodowej stronie Workaway. Z pełnym entuzjazmem przeglądałam oferty, które przedstawiały się niezwykle kusząco. Włochy, Kanary, Francja, basen, bajkowe krajobrazy – wybierać nie umierać. Zaczęłam wysyłać aplikacje, każda personalizowana i po wnikliwym przestudiowaniu oferty. Jakie było moje rozczarowanie, gdy moja skrzynka mailowa milczała lub odbierała wiadomości typu: już kogoś mamy, w tej chwili nie przyjmujemy. Czułam, że nie mogę dłużej czekać z wyjazdem gdziekolwiek i postanowiłam kupić bilety do Lizbony z postanowieniem, że zwiedzę ją niestandardowo, cokolwiek by to miało znaczyć. Namówiłam Mateusza, spodobał mu się pomysł, co dodało mi otuchy.


 I w ten sposób spacerujemy sobie teraz brukowanymi uliczkami z ciekawością wypatrując, gdzie nas zaprowadzą. Oddajemy się w ręce Lizbony, to ona nas poprowadzi. Raz przyciąga nas muzyką nad brzegiem rzeki, raz zapachem dobrego jedzenia. Trasa wyznacza się sama, w górę i w górę w coraz to piękniejsze punkty widokowe. Odpuszczamy i chyba właśnie to sprawia, że jesteśmy spokojni, bez oczekiwań, zauważamy więcej szczegółów, które pewnie pominęlibyśmy goniąc od jednej atrakcji do drugiej. I tak większość z nich zobaczymy: „O to nie jest przypadkiem ta słynna/słynny…”, itp. Pozwalamy się zaskoczyć. Jak się miało niedługo okazać, życie też szykowało dla mnie jeszcze większą niespodziankę.


Późnym wieczorem wracamy do hostelu Lisbon Calling, ale zamiast iść spać dołączamy do multikulturowego towarzystwa w kuchni. Przy dużym stole próbujemy znaleźć wspólne tematy z osobami z Niemiec, Serbii, Anglii, Boliwii, świat wydaje się nie mieć granic. Każdy poleca miejsca, w których był, a apetyt na podróże rośnie w miarę rozmowy. Różne style życia otwierają oczy na różne możliwości: „Trzy miesiące na Sri Lance i praca zdalna na komputerze, czemu nie?”



Z jedną osobą dogaduję się szczególnie dobrze, aż temat schodzi na ogród i dowiaduję się, że to jedna jej pasji, zupełnie tak jak moja. Mało nie spadam z krzesła, gdy zaprasza mnie do pomocy na swojej portugalskiej farmie i pokazuje swój profil na tej samej stronie gdzie szukałam wolontariatu! Nie mogę uwierzyć w ten zbieg okoliczności. Tyle czasu spędziłam na poszukiwaniach wolontariatu, a tu nagle znajduje się sam? Ta oferta na workaway jest dokładnie tym czego pragnęłam: siedlisko off-grid, ekologiczny ogród, wegetariańskie jedzenie, do tego mnóstwo pozytywnych opinii. Jest tylko jeden problem: nazajutrz mam lot do Polski... Podczas tej podróży starałam się nie myśleć za wiele, zdając się na intuicję, ale teraz moja głowa zaczęła pracować na wysokich obrotach. W końcu nie codziennie podejmuje się decyzję o tym czy wrócić z wakacji, czy może przedłużyć je sobie o trzy tygodnie…


wtorek, 25 września 2018

Poleski Park Narodowy

Na naszej liście miejsc, które koniecznie musimy zobaczyć jest jeden z najrzadziej odwiedzanych parków narodowych w Polsce. Ale już po drodze czeka na nas kilka przystanków, a niektóre w dość zaskakującej scenerii. 


cerkwie na Polesiu
Teratyn - cerkiew z 1880 r., wzniesiona na miejscu starszej, drewnianej
Cerkiew w Teratynie wprost błyszczała jak gwiazda na czerwonym dywanie z maków. Została przemieniona po wojnie na kościół rzymskokatolicki, w którym znajduje się słynący cudami obraz Matki Boskiej Zaturskiej, pochodzący z Zaturzec na Wołyniu.


Teratyn
Krajobraz Polesia jest łagodny, tak przyjemnie delikatny. Pomiędzy wioskami czasem zabłąka się gospodarstwo lub jego pozostałości ... 

Przydrożne kapliczki też potrafią zaskoczyć pomysłowym wykonaniem.






Z drogi wypatrzyliśmy wiatrak, taka rzadkość, a kiedyś przecież były stałym elementem wiosek. 
Co jakiś czas widzimy kierunkowskazy na wieże widokowe, jednak zatrzymujemy się tylko przy pierwszej, bo widok nie jest zbyt imponujący. 



Widok z wieży widokowej

W Kurmanowie próbujemy znaleźć dawną cerkiew i tak do końca nie jesteśmy pewni, czy to ona, bo wygląda jak dwór a nie obiekt sakralny. Okazało się, że została przebudowana w stylu klasycystycznym z kaplicy dworskiej: dodano ramiona boczne i tambur z wieżą. W 1925 r. była przebudowana na szkołę, a w 1956 r. zdjęto banię.
 Kurmanów- dawna cerkiew św. Antoniego Pieczarskiego 



Nareszcie trafiamy na architekturę drewnianą i niebywałe kształty przykościelnych drzew.
Wereszczyn- kościół św. Stanisława Biskupa (z 1783)
  

W Wereszczynie często bywał Mikołaj Rej, posiadający tu rozległe dobra, otrzymane za posagiem żony.


Nagrobek w Wereszczynie


Po tak miłej i ciekawej drodze, docieramy do Ośrodka Dydaktyczno-Muzealnego w Starym Załuczu, gdzie kupujemy bilet wstępu na ścieżkę Spławy, która ma 7,5 km. Poleski Park Narodowy jak dotąd kojarzył mi się z komarami i słusznie, bo już po kilkunastu metrach obsiadła nas chmara krwiożerców. Pocieszam się tym, że na Syberii pewnie jest gorzej i staram się je ignorować machając od czasu do czasu dłonią. 
Polesie atrakcje
Poleski Park Narodowy
Drewniany pomost prowadzi nas przez scenerię iście egzotyczną. Biało czarne brzozy migają w prześwitujących promieniach słońca, a u ich podnóża swoje pióropusze prezentują oniryczne paprocie. Teren jest podmokły i grząski, gdzieniegdzie swój żywot kończy we wodzie pruchniejący pień, wykorzystany przez mchy i inne nieznane mi roślinki bądź grzybki, jako arka wśród tych rozlewisk.

Powierzchnia parku jest płaska, z dużą ilością jezior, stawów, bagien i torfowisk.  Sid i Manfred czuliby się jak w domu, gdyż występują tu relikty epoki lodowcowej, na przykład brzoza niskawierzba lapońska czy wierzba borówkolistna.



Jezioro Łuckie napawa spokojem i mogłabym się długo wpatrywać w kołyszące się grzybienie na tafli wody, bo nawet komary tutaj jakby mniej polują. 

Na szlaku nie spotykamy nikogo, za każdym zakrętem oczekuję, że nagle wyłoni się przed nami łoś albo jakiś rzadki ptak, jednak nic takiego się nie dzieje. Jest cicho, oprócz naszego tupania po deskach nie słychać żadnych odgłosów, jedynie czasami wymknie się jakieś słowo skierowane do naszych towarzyszy komarów. Mimo wydawałoby się monotonności ścieżki, idziemy z zainteresowaniem, ciekawi nowego dla nas krajobrazu.

Po raz kolejny utwierdzamy się w przekonaniu, że Polska jest urozmaicona i ma wiele perełek do zaoferowania.

piątek, 26 stycznia 2018

Tomaszów Lubelski, Myców i Wyżłów - kresy

W piękny czerwcowy weekend postanowiliśmy pojechać do Poleskiego Parku Narodowego. Tak by brzmiała wersja perfekcjonistów, natomiast u nas wyglądało to trochę inaczej:
Telefon od Andrzeja:
- Gdzie jesteś?
- Na Roztoczu.
- O to zgarnę Cię po południu i pojedziemy w Lubelskie.
- Ale jak to, przecież nie mamy nic zarezerwowane, a nie wzięłam śpiwora żeby spać w samochodzie!
- To nic, znajdziemy coś po drodze.
- Po drodze dokąd?
- Nie wiem, zobaczymy. Na razie będziemy kierować się na północ, bo tam jeszcze nie byliśmy.

Już na starcie mamy do odwiedzenia kilka miejsc, w których kiedyś byliśmy, ale z jakiegoś powodu nie zobaczyliśmy wszystkich zabytków. 

Prawosławna pw. św. Mikołaja Cudotwórcy w Tomaszowie Lubelskim
Tak było np. z Tomaszowem Lubelskim, gdzie cerkiew poprzednio była zakryta rusztowaniami,  a teraz możemy podziwiać efekty renowacji. Piękna bryła, choć ten odcień żółtego wyjątkowo mocno do mnie nie przemawia.

Kościół Zwiastowania NMP w Tomaszowie Lubelskim



Ostatnio w Tomaszowie pominęliśmy również modrzewiowy kościół. Barokowe sanktuarium wśród starych lip stoi w tym miejscu od  1727 roku. 
Ołtarz Matki Bożej Szkapleżnej

Świątynia przyjęła pod swoje drewniane sklepienie obraz Matki Boskiej Szkaplerznej, po różnych przygodach jak np. porwanie przez Szwedów.


Wjeżdżamy do województwa lubelskiego przybliżając się do granicy z Ukrainą. Domy pojawiają się coraz rzadziej ustępując miejsca rozległym polom. Co jakiś czas ukazuje nam się sielski obrazek, gdzie drewniana chata występuje w parze z bocianem, a na miedzy spośród traw wyziera do nas samotna kapliczka. 

Taki krajobraz oznacza tylko jedno: jesteśmy na wschodnich kresach Polski, na terenach, do których przyciąga nas tajemnicza siła nostalgii.
Budynin
Żadne z nas nie wypowiedziało na głos celu tej wycieczki, bo było dla nas oczywiste, że skoro jedziemy w lubelskie, to obowiązkowo musimy wstąpić do miejsca, które poprzednim razem nam umknęło, a które jest wyjątkowe i stanowi jakby esencję naszych kresowych zainteresowań. Mowa o przygranicznej wiosce Wyżłów. Ale o tym za chwilę, bo najpierw mijamy cerkiew w Budyninie i powracają miłe wspomnienia, naszych przygód w poszukiwaniu dogodnego miejsca na nocleg w letnią, burzową noc.
Zbliżając się do Mycowa
Na horyzoncie pojawia się również cerkiew w Mycowie. Patrząc na zarys pofalowanych pól, mieliśmy zeszłego roku wrażenie, że dalej już jest tylko Ukraina, ale tym razem nie damy się zmylić i wjeżdżamy prosto na piaszczystą drogę. 
Droga do Wyżłowa
Ze szczytu wzgórza mamy wioskę jak na dłoni, choć wioska to za dużo powiedziane.... kilka domów, które są zamieszkałe tylko w lecie... W zimie musi być tu przerażająco cicho.




Pod górkę ktoś wprowadza rower zostawiając za sobą kłębuszki kurzu. Chyba nie jest łatwo tu żyć, gdy za sąsiada mamy jedynie słupki graniczne, a do sklepu po deszczu trzeba przebrnąć przez błoto. Nie możemy się nadziwić, gdy okazuje się, że ów rowerzysta wcale nie jest mieszkańcem tylko .... strażnikiem służby granicznej! Z lekką zadyszką prosi nas o dokumenty, więc mamy przymusowy postój, który wykorzystuję na szukaniu ciekawego kadru cerkwi, którą widać stąd doskonale. 
Wyżłów
Wreszcie zakręcamy koło kapliczki i kierując się w lewo, mijamy opuszczony dworek, może dawną plebanię i docieramy do opuszczonej cerkwi. 


 Cerkiew greckokatolicka p.w. św. Mikołaja w Wyżłowie
Spotkałam się w internecie z datą wybudowania 1917, ale tablica informacyjna przy cerkwi wskazuje na rok 1910.

Wydawałoby się, że na tym swoistym końcu świata, a przynajmniej Polski, zastaniemy zaniedbane chaszcze, a tym czasem teren wokół jest wykoszony, a właściwie to wytruty, ogrodzony i postawione są nawet dwie tablice z opisem.
Po wojnie użytkowana przez jakiś czas jako kościół rzymskokatolicki




Świątynia posiada drewniany bęben, kopułę i latarnię co czyni ją wyjątkową, gdyż reszta bryły jest murowana. 

Z bocznych drzwi została tylko chwiejna futryna, więc wchodzimy do środka, ale niewiele tu pozostało do oglądnięcia. Wyposażenie zostało rozkradzione w ciągu wielu lat nieużytkowania.

Wracając tą samą polną drogą odbijamy jeszcze na chwilę na prawo do Mycowa. Tym razem nagrobki przy cerkwi są lepiej widoczne, bo niezarośnięte. Poza tym nic się nie zmieniło.
Cerkiew i cmentarz w Mycowie




Zostawiamy za sobą prawie wyludnione przygraniczne wioski z ich ciszą i historią.



Wracając już do głównej drogi, wypatrzyliśmy stary cmentarz. Światło zachodzącego słońca uwypukliło każdy detal na niszczejących figurach, każdy kosmyk mchu wdzierającego się na zimny kamień i każdy fragment rdzy trawiącej to co pozostało. 





Znaleźliśmy przy głównej trasie pierwszy lepszy nocleg, by o świcie wyruszyć dalej na północ. Po zerknięciu na mapę ustaliliśmy, że naszym ostatecznym celem będzie Poleski Park Narodowy, o którym przeczytacie w następnym wpisie.


** klikając na podkreślone nazwy miejscowości, przekieruje Was do ich opisów w starszych  wpisach 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...