tło

sobota, 16 grudnia 2017

Krosno, Rymanów Zdrój, Korczyna

Nacieszywszy się jesienią w pięknych okolicach odrzykońskiego zamku i rezerwatu ze słynnymi skałkami, wstępujemy jeszcze na moment do Krosna. Tutaj zawsze jest przyjemnie i nieśpiesznie. 
Rynek w Krośnie
Lubię podkarpackie miasta, a dokładniej ich starą część. Nawet te większe jak np. Rzeszów, nie mają nic z wielkich metropolii, a jedynie ich zalety typu klimatyczne kawiarnie czy restauracje z kuchniami świata. Ale najbardziej urocze są mniejsze, jak Jarosław czy właśnie Krosno. 


W lecie rynek tętni życiem pod parasolkami, boczne uliczki prowadzą do zabytkowych kościołów, a wisienką na torcie jest Centrum Dziedzictwa Szkła. Budynek Muzeum mieści się aż na czterech kondygnacjach, ale nie patrzcie w górę, lecz w dół - jest częściowo schowany w wydrążonej skarpie. Jeszcze nie miałam okazji tam być, ale podobno warto, bo zaskakuje nowoczesnymi rozwiązaniami i faktycznie potrafi zaciekawić.

Zapraszam Was na krótki spacer arkadowymi  podcieniami i brukowanymi uliczkami. Zaglądniemy do kilku zabytkowych kościołów, a na koniec zrobimy sobie siestę.



Kościół i klasztor oo. Kapucyów w Krośnie

Szkoda, że niewiele zachowało się z dawnych murów obronnych i dwóch potężnych bram. W XVI wieku Krosno należało do grupy najlepiej ufortyfikowanych polskich miast, co świadczyło o jego wysokiej pozycji. Gdy przybysz wchodził przez zwodzony most i podwójne wrota nad którymi wisiał napis 'Tutaj pokój', mógł się poczuć naprawdę bezpiecznie w owych niepewnych czasach.

Swoim zwyczajem przysiadam na jednej z ławeczek w rynku i obserwuję. Starsza pani rozmawia z gołębiami, wydają się być zadowolone, bo co rusz pogruchują pod nosem. Para nastolatków przechadza się nieśpiesznie posyłając sobie niepewne spojrzenia, pełne nadziei, ale i obaw. W październikowy dzień, jak ten, nie ma już ogródków piwnych i muzyczki z  nich dobiegającej, nie ma turystów z aparatami, jest zwykłe życie. 
Warzywna quesadilla i kawa z mlekiem sojowym
Po spacerze można odpocząć w przytulnej Siesta Cafe z ciekawym wyborem dań, również dla wegetarian.
Rymanów Zdrój
 Koniecznie wstąpcie do Krosna chociaż na chwilę, np. w drodze w Bieszczady czy w pobliskie uzdrowiska: Rymanów Zdrój i Iwonicz Zdrój.

Rymanów Zdrój jest zatopiony w zieleni i kwiatach. Bardziej kameralny niż inne uzdrowiska. Jego główną tętnicą jest wartka, ale płytka rzeka Tabor, wzdłuż, której poprowadzono deptak. Można w niej brodzić, albo tylko posłuchać jej rozgadanego nurtu.

W parku zdrojowym obowiązkowym punktem jest oczywiście Pijalnia Wody Mineralnej. W drewnianym budyneczku mamy do wyboru jej trzy rodzaje, a także kawę. 



Pijalnia wody mineralnej w Rymanowie Zdroju

Nic dziwnego, że do uzdrowisk przyjeżdża się po zdrowie, w takich okolicznościach natury oddech sam łagodnieje, serce się uspokaja i krok dostosowuje się do nieśpiesznego rytmu.
Park zdrojowy w Rymanowie Zdroju
Jeżeli jednak wolicie od wody coś słodszego to polecam unikalną Pijalnię Czekolady w Korczynie, która urządzona jest na wzór fabryki. Tutaj nic nie jest oczywiste, czego się nie dotkniesz, jest z czekolady. Nawet w fontannie i w kranie za ladą płynie czekolada!
Pijalnia/fabryka Czekolady
Jak widzicie, region bardzo obfity w atrakcje, a wydaje mi się jeszcze nie do końca doceniony. 
Kościół w Korczynie
To kiedy jedziecie?

wtorek, 12 grudnia 2017

Jesienne Podkarpacie - zamek w Odrzykoniu i rezerwat Prządki

Tegoroczna jesień wcale się nie śpieszyła, zbierała powoli siły, aby wykorzystać z palety barw wszystkie odcienie złota i czerwieni. Las przyciągał mnie jak magnez, mogłam spacerować bez końca obserwując spadające liście. Na szeleszczącym dywanie brodziłam prawie po kostki jak w śniegu. Nie sposób było już znaleźć grzyby pod taką kołderką, ale wcześniej było ich aż tak niespotykanie dużo, że poczułam ulgę, gdy można było w końcu wyjść nie patrząc pod nogi.

Zachody słońca potęgowały kolory przejaskrawiając je jeszcze bardziej. Niemal codziennie stawałam w moim ulubionym miejscu na Pogórzu Dynowskim, żeby uchwycić te kilka chwil spektaklu. A codziennie sztuka wyglądała inaczej. Czasem chmury nabierały dynamiki, czasem snuły się leniwie jak jesienny dym z ognisk.








Poranki nie pozostawały gorsze.  Zanim słońce raczyło wzejść ponad wzgórza, bardziej opornie niż ja z łóżka, potrzebowały oprawy z mlecznych mgieł. Jak kotara rozsnuwały się ustępując miejsca najważniejszej postaci. Wydłużone cienie grały z promieniami słońca na kuleczkach rosy, która otulała każdą część nawet najdelikatniejszej pajęczynki.



Na jednodniową wycieczkę wybrałam okolice Krosna: Strzyżowsko-Czarnorzecki Park Krajobrazowy. Wprawdzie rezerwat 'Prządki' jest najbardziej popularnym rezerwatem na Podkarpaciu, to jednak z ulgą stwierdziłam, że akurat nie ma wycieczek szkolnych i można na spokojnie zobaczyć się z Matką, Babą i Hersztem. Tym razem jednak postanowiłam do nich dojść pieszo od zamku w Odrzykoniu.

Zamek Kamieniec
Ruiny zamku Kamieniec, są pięknie położone, bo na jednym ze wzgórz u podnóża którego rozciąga się płaski teren, co przy dobrej widoczności daje rozległą panoramę. 


Jedna z historii wpisana w dzieje zamku zainspirowała Fredrę, ówczesnego właściciela, do napisania 'Zemsty". Bowiem to tutaj dwa rody toczyły zacięte spory o mur graniczny, zakończone ślubem ich dzieci.  

Tył zamku w listopadowej odsłonie
Kilka lat temu byłam tutaj w mglisty listopadowy dzień, kiedy to wyobraźnia sama podsuwała obraz Małej Pani wyłaniającej się zza murów. Mowa o karliczce, którą królowa Bona ofiarowała wraz z małżonkiem (również karłem) casarzowi Hiszpanii. Jej tęskne serce zostało w Odrzykoniu, tu też chciała zostać pochowana i do dzisiaj podobno czasem się przechadza po zamkowych ruinach.


Wracając do tegorocznej polskiej jesieni, odpuściliśmy sobie wchodzenie do środka zamku, bo pogoda była tak idealna, że nogi same poniosły nas na szlak. Zagłębiliśmy się w las, wdychając zapach opadłych liści. 

Już w najbliższym otoczeniu zamku znajdziemy kilka okazałych ostańców skalnych, które dadzą nam namiastkę tego co zobaczymy na 'Prządkach'. 
Po drodze minęliśmy też kurhany zaznaczone drewnianym ogrodzeniem oraz tablice informacyjne ścieżki dydaktycznej.

Zanim się obejrzeliśmy, już trafiliśmy do rezerwatu. Swą nazwę zawdzięcza legendzie, wg której dziewczęta zostały zamienione w skały za przędzenie lnu w święto. 
Skały sięgają nawet 20 metrów


Każdy ostaniec w rezerwacie ma swoją nazwę np. Baba, Matka, Zbój Madej

Ścieżka wiedzie skrajem, ale i tak większość osób zapomina, że to rezerwat i na skały z piaskowca wchodzić nie wolno.
Czarnorzeki
Dalej zawędrowaliśmy do wsi Czarnorzeki. Przed nami drewniana zabudowa, kapliczka pod drzewami, stary sad na przeciwko nowoczesnej willi. 
Czarnorzeki

Pomiędzy wzgórzami jest tu jakoś tak przytulnie, tak po prostu. 



Znów wchodzimy w las, mijając pomnik przyrody "Źródełko Mieczysław' i stare sztolnie. Sztolnie są pozostałościami po wydobyciu kamienia, dla tutejszego ośrodka kamieniarskiego. 

Źródło
Tym razem szlak pnie się bardziej w górę, a dokładniej mówiąc - na Suchą Górę (585 m n.p.m.). 

Punkt widokowy okazuje się niemalże całkiem zarośnięty, ale mała namiastka możliwego widoku prześwituje między pniami i kusi. Na samym szczycie góruje wieża przekaźnikowa, szkoda, że nie można na nią wejść.

W dół wiedzie utwardzona droga, która napawa mnie znużeniem, ale nagle zatrzymuje się samochód proponuje podwiezienie na parking w Odrzykoniu, więc bez wahania się zgadzam. W dalszej części wycieczki odwiedzimy jeszcze miasto szkła - Krosno. Ale o tym w kolejnym wpisie. 

niedziela, 3 września 2017

Beskid Niski: Krzywa - Czarne - Nieznajowa - Wołowiec

Za każdym razem, gdy przymierzam się do napisania relacji z wycieczek po Beskidzie Niskim, ogarnia mnie obawa, że żadne słowa nie oddadzą wrażenia pustki. I nie mam tu na myśli braku zabudowań, pewnie są znacznie większe pustki  materialne gdzieś na stepach, pustyniach, jednak nie istnieje głębsza pustka niż ta pozostała po obecności ludzi. Żyli tutaj z pokolenia na pokolenie trudząc się pracą i współpracą ze srogą naturą. Budowali i odbudowywali swoje gospodarstwa, cerkwie, by pewnego wiosennego dnia, gdy wydawałoby się, że zawierucha wojenna już za nimi, nadszedł moment, kiedy to wszystko musiało się obrócić w nicość. Co byś wziął z sobą, gdybyś miał na spakowanie kilka godzin i ograniczone miejsce na bagaż? Jakbyś spojrzał w oczy psu na łańcuchu, którego zostawiałbyś na pastwę wilków? Nie jestem sobie w stanie wyobrazić ich rozpaczy, tak jak i oni nie mogli uwierzyć w to co się działo. Gdy wioska znikała za kolejnym wzgórzem, a żałosne wycie psów unosiło się jeszcze dalej, dalej niż wzrok sięgał.   
Krzywa -  cerkiew św. Kosmy i Damiana (obecnie kościół katolicki NMP Niepokalanie Poczętej)

niedziela, 20 sierpnia 2017

Połoninki Rybotyckie

W cieniu pałacowego blasku przemyskiego dworca kolejowego, stanął w czasie i przestrzeni stary i poczciwy dworzec PKS-u. Nic się tu nie zmieniło od lat, łącznie z autobusami, tylko kursów jakby mniej. Zamiast informacji turystycznej z multimedialnym ekranem i stosem kolorowych broszurek w małym okienku jest Dyżurny Ruchu. "Do Bryliniec?" -  upewnia się czy, aby para młodych ludzi z plecakami nie przekręciła nazwy, której dawno nie słyszał, a może tylko widział na rozkładzie. "Do Bryliniec to z godzinę zejdzie"- *dwa razy dłużej niż pokazuje wszechwiedzące google. "Z Makowej?!" - jego oczy robią się jeszcze większe mimo, że jego poranna kawa stoi jeszcze nietknięta. "Ostatni odjeżdża o 15.45, a prywatnych busów tam nie ma" - ** to akurat nie jest dobra wiadomość, więc wyciągam z bocznej kieszeni plecaka plan B, czyli 'jakoś to będzie.' 
Kierowca zerka kątem oka na naszą rozmowę, wciskając niedopałek do popielniczki, po czym odchodzi nieśpiesznie a wraz z nim cienka smuga dymu wciska się do autobusu, zatacza spiralę nad jego połysiałą głową i zaczepia nas pod nosem. "Na pewno na sam koniec trasy chcecie?" - zabrzmiało co najmniej jak na koniec świata. 

Zajmujemy honorowe miejsce w pierwszym rzędzie, na wytartych siedzeniach z niezmordowanymi sprężynami, które cieszą się na każdej napotkanej nierówności. Styrane ciało autobusu połyka jeszcze kilku podróżnych w starszym wieku, by lewym brzegiem Sanu opuścić bramę Wschodu, jak się często nazywa Przemyśl. Turyści jadący tędy samochodem zatrzymaliby się pewnie w Krasiczynie, ale to nie miejsce dla starodawnego PKS-u, jedzie więc dalej drogą na Bieszczady, to już bliższe mu klimaty, ale schody na Tarnicę to już dla niego za wiele, więc nie zastanawiając się długo, skręca w lewo. Pośród wiejskiej zabudowy, krów na łące, chłopami pod sklepem i babinie na ławce przed płotem czuje się jak u siebie, tylko, że to ostatni przystanek i czas zawrócić. 
Brylińce - Dawna cerkiew greckokatolicka
Wysiadamy niepewnie w dawnej wołoskiej wsi królewskiej. "Którędy do Kopysna?" - rzucam szybkie pytanie wsiadającym do autobusu miejscowym i otrzymuje równie szybką odpowiedź w przelocie, nie rejestrując spojrzenia. W lewo i pod górę. Za ostatnimi gospodarstwami odwracam się, żeby spojrzeć na dawną cerkiew greckokatolicką. Widoczna pewnie z każdego rogu wsi, stoi na wzgórzu; czemu do nieba zawsze jest pod górkę. 

Koło ucha zbliża się coraz głośniejsze brzęczenie, potem ucicha, by zatopić się w spoconej skórze. Widocznie tutejszym bąkom znudził się zapach bydła, a spodobał mieszczański Off. Przyspieszamy, żeby w wilgotnym lesie zgubić pasażerów na gapę. Powietrze mimo porannej godziny robi się coraz cięższe, parne, a na błękitne niebo nasuwają się chmury, nie burzowe, włochate jak gruby koc, ale w tej temperaturze koc jest ostatnią rzeczą o jakiej marzę. 

Las przynosi częściowe ukojenie, ale w głowie zaczynają wyświetlać się niechciane filmy czarnowidztwa - najświeższe nagłówki w nowościach podkreślały, że w okolicach Birczy spotkano niedźwiedzicę z młodymi. Nastawiam uszy na tryb czujności, nagle zamiast ryku niedźwiedzia słyszę wybuch. Zastygam w miejscu, jak pewnie wszystkie leśne zwierzęta. Fala drgań przechodzi przez ziemię, wnika w stopy, przelatuje przez zdziwione ciało i dochodząc do mózgu wytrąca mnie z bezruchu. 
Czerwony szlak z Bryliniec na Kopystańkę

Brniemy przez czerwony szlak w błocie, manewrując między koleinami i kałużami. Drugi wybuch i ta sama fala przeszyła nas i cały krajobraz, łącząc się w strachu i niedowierzaniu. Gdy docieramy do Kopysna, wszystko staje się jasne na widok aut Geofizyki Kraków - pewnie poszukują złóż gazu. 


Znajome mi skrzyżowanie z krzyżem w prawie opuszczonej wiosce nasuwa na myśl miłe wspomnienia, kiedy to spontanicznie postanowiliśmy przenocować w samochodzie właśnie na tym polnym rozdrożu o czym już kiedyś pisałam.

Opuszczony dom w Kopyśnie

Droga w prawo ma nas zaprowadzić na Kopystańkę, bardzo widokową górę Pogórza Przemyskiego. Mijamy dwa domy, chyba jedyne zamieszkałe, ale może się mylę. Droga staje się momentami nie do przejścia suchą stopą. Z naprzeciwka słyszymy warkot wściekłej terenówki, która za zakrętem na pewno nas nie widzi, a mając po bokach wąskiej drogi jakieś chaszcze, nie mamy szans się gdzieś schować, więc szybko się wycofujemy. W ostatniej chwili mija nas błotny wachlarz, kłębek spalin i obraz jeszcze bardziej zmasakrowanej drogi. Postanawiam spróbować dojść dolną drogą, więc schodzimy kawałek w kierunku Rybotycz, by koło kapliczki odbić w prawo. Tym razem dobiega nas kolejny niepokojący odgłos niczym helikopter. Staje się coraz wyraźniejszy, więc wdrapuję się na boczną polankę, a stamtąd odsłania się widok na sznur maszyn wolno posuwających się w kierunku Kopystańki. Cel naszej wycieczki nagle przestał mieć sens. Przecież mieliśmy uciec od zgiełku, pędu i automatycznego życia, właśnie tutaj na Pogórze Przemyskie, bo jeśli tego tu nie znajdziemy to gdzie?
Połoninki Rybotyckie

Zostały przed nami dwie opcje: albo zejść szlakiem żółtym do Rybotycz i co chwila ustępować miejsca samochodom z Geofizyki, albo cofnąć się do mojego sentymentalnego skrzyżowania w Kopyśnie i polnymi ścieżkami przejść przez Połoninki Rybotyckie. Wybór wydaje się oczywisty.

Otwiera się przed nami przestrzeń pachnących łąk. Zapachy kwiatów mieszają się odurzającą wonią siana. Z jednej strony towarzyszy nam widok na Kopystańkę, a z naprzeciwka majaczą w niedalekiej oddali wieże klasztoru w Kalwarii Pacławskiej. 
Widok na Kalwarię Pacławską

Polna droga faluje między łagodną linią zielonych wzgórz. Postrzępiony zarys lasu na przeciwległym brzegu Wiaru budzi respekt. To pewnie tam przechadzają się niedźwiedzie, nie niepokojone turystycznym wścibstwem, choć wyznaczony jest szlak na Suchy Obycz, ale ile osób tam się zapędza?
 A gdyby tak, te łąki ciągnęły się setkami kilometrów? Gdyby nie było słychać nic, prócz stąpania chrząszcza po wyschniętym źdźble trawy? Jakie to by było uczucie? 

Biorę wdech, by odetchnąć, że w końcu dotarłam w miejsce idealne, gdy zamieram w bezdechu na widok trzech dużych traktorów koszących łąki. Na zrezygnowanym wydechu przyspieszam krok by ich minąć, ale jak na złość posuwają się razem z nami. Na zmianę się mijamy, oni niewzruszeni wykonując swoją pracę, i my załamani uciekając z jednego hałasu w drugi. Jedynie bociany wydają się być zadowolone, krążąc nad nami, by z gracją osiąść na świeżo skoszonej łące.
 

Słońce bezlitośnie pali nas prosto w twarz na której przylepia się kurz koszonych łąk zmieszany ze spalinami traktorów. Owadzie ugryzienia swędzą jeszcze bardziej w tej mieszance Offu i kremu z filtrem. Nieopatrznie skręcamy w złą drogę i schodząc w dół zostajemy zatrzymani przez bramę z napisem "Uwaga pies", a może uważaj gdzie idziesz. Wracamy pod górkę w milczeniu, nie ma sensu narzekać. Jak nam źle to nie trzeba było w ogóle nigdzie jechać tylko siedzieć w dusznym mieście. Teraz mamy w głowie tylko jedną myśl, która trzyma w nas resztki cierpliwości - kąpiel w orzeźwiającym Wiarze. 
Rybotycze

Rząd małomiasteczkowych domków oznacza, że dotarliśmy do Rybotycz. Czy znajdziemy tu ślady dawnej świetności tutejszych cenionych rzemieślników lub artystów, którzy pisali ikony. Rybotycze słyną do dzisiaj z tego, że były ośrodkiem  malowania ikon, które wyróżniały się tym, że do surowych kanonów wtrącono elementy sztuki ludowej. Tanie ikony pisane były głównie na potrzeby ludności, sprzedawane na jarmarkach, ale liczne dzieła do dzisiaj można spotkać w cerkwiach rozsianych po całych Karpatach, a w także w muzeach.
Rybotycze

Mikołaj Ossoliński otrzymał Rybotycze wraz z wianem i odtąd stały się jego główną siedzibą, skąd wyruszał na wyprawy wraz ze swoim wojskiem. W zamku przebywał sam Stanisław Stadnicki zwany Diabłem Łańcuckim, po swojej ucieczce ze zdobytego  Łańcuta.
Droga z Rybotycz do Makowej

Na drodze ruch jest prawie zerowy. Czasami przejedzie jakiś motorek, albo samochód z miejscową rejestracją, a to trochę burzy wizję powrotu autostopem. Pod sklepem grupka mężczyzn przerywa dyskusje na widok obcych. Wchodzimy kupić wodę, ekspedientka zdaje się nas nie zauważać, jakby automatycznie podaje nam butelkę, wybija na kasie, cały czas nie przerywając rozmowy o kiszeniu ogórków. Dróżka za sklepem poprowadzi nas prosto nad Wiar. Z ulgą ściągam buty i zanurzam się powyżej kolan w wartkim nurcie. Mam niewytłumaczony sentyment do tej rzeki, mimo że ani nie jest długa, ani głęboka. Rozbryzguje się figlarnie na kamieniach, obmywa stanowczo stromy brzeg z fliszu; nie może się zdecydować, czy płynąć po polskiej stronie, czy po ukraińskiej, może jej to bez różnicy, tylko ludzie wydziwiają z granicami, ciągle je zmieniając i podpisując krwią. 
Wiar w Rybotyczach

Woda zmywa ze mnie zmęczenie, brud, upał, oczyszcza umysł ze złości i rozgardiaszu myśli.

Słońce chowa się za skarpą, gdzieś tam czeka na moje odkrycie Skała Machunika i wodospad, ale to nie dzisiaj. Czas wracać, a autostop łatwiej będzie złapać z Makowej.  Przy końcu Rybotycz mijamy kierunkowskaz na żydowski cmentarz. Gdy go szukałam trzy lata temu, nie był oznakowany, a naprawdę warto tam wstąpić i położyć swój kamyczek na macewie. Idziemy rozpalonym asfaltem, z lewej okrągłe jak pączki wzgórza, z prawej Wiar. Czasem minie nas samochód z Geofizyki i to wszystko, środek tygodnia, a ruch jakby zamarł. Gdy dochodzimy do skrzyżowania z drogą arłamowską, mamy szczęście - zatrzymał się pan z Poznania i podwiózł na przemyską obwodnicę kończąc tym samym naszą kilkugodzinną wycieczkę po Pogórzu Przemyskim.


* okazało się, że jednak autobus z Przemyśla do Bryliniec jedzie 35 minut
** okazało się, że jednak jest prywatna firma transportowa na trasie Makowa - Przemyśl
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...