tło

poniedziałek, 2 lutego 2015

Bieszczady - Otryt, Kamień i Rawki


W Bieszczady wyjechaliśmy koło południa latem 2014 roku, bardzo malowniczą trasą, przez Pruchnik i Birczę. Praktycznie cały czas towarzyszyły nam rozległe łąki i zalesione wzgórza, a co jakiś czas drogę przecinał nam czysty potok czy szeroki San. Takie tereny mają jedną wadę - mnóstwo zakrętów i serpentyn, co niekoniecznie musi się podobać żołądkowi, ale stwarza pretekst do częstych postojów i podziwiania krajobrazów, zwłaszcza w obowiązkowym punkcie widokowym w Birczy.  W ten nieśpieszny sposób, z przerwą na obiad, na miejsce dotarliśmy pod wieczór. Nocleg zarezerwowałam w małej wiosce Dwernik w nowo wybudowanym domu z poddaszem dla gości. Pokój dostaliśmy z balkonem i widokiem na łąkę otoczoną lasem. Słychać też było potok, który przepływał po drugiej stronie domu za mało ruchliwą ulicą. Idealne miejsce na odpoczynek, brak bliskiego sąsiedztwa sprawiał wrażenie intymności, a panująca w nocy cisza, aż dźwięczała w uszach. Zrobiliśmy krotki rekonesans okolicy, z którego wynikło, że największą atrakcją wioski jest tzw. Blaszak, czyli mini bar z ohydnym jedzeniem przygotowywanym z mrożonek. Ale klimat stwarzało zapalone ognisko, muzyczka i turyści, którzy spotykali się na skrzyżowaniu szlaków, m. in z Otrytu. Najładniejszym miejscem jest niewątpliwie drewniany most, pod którym Dwernik wpływa do płytkiego tutaj Sanu. Do snu ukołysało nas jednostajne granie świerszczy i rześkie powietrze.

Z krótkiego, ale mocnego snu zbudziło mnie słońce wpadające przez wschodnie okno. Zjedliśmy śniadanie na balkonie przy zapachu schnącej trawy, którą poprzedniego dnia wykosili na "naszej" łące. Z mapą w ręku rozważaliśmy potencjalne trasy i doszliśmy do wniosku, że pogoda jest niepewna i lepiej wybrać się na krótkie podejście. Jakby nasze obawy sie sprawdziły, gdy tylko przeszliśmy kilkanaście metrów rozpadało się i to dosyć solidnie. Przeczekaliśmy pod przeciekającym,  drewnianym przystankiem autobusowym. Niedaleko minęliśmy opuszczony sklep - bar "Piekiełko", który za lat swojej świetności słynął z hucznych hulanek i rozrób. Teraz powoli zarasta, a graffiti na ścianach płowieje razem z pamięcią o nim. Rozsądnie wróciliśmy do domu i po rozpogodzeniu podjechalismy tym razem autem na parking skąd rozpoczynała się ścieżka na Kamień-Dwernik. Weszliśmy w ciemną bukową puszczę i trochę się zdziwiliśmy znakiem ostrzegającym przed niedźwiedziami. Kawałek dalej okazało się, że był on tam nie bez powodu, bo na drzewie zobaczyliśmy świeże ślady zdartej kory i grubych pazurów. Niedźwiedzie puszczają w ten sposób żywice, która jest ich przysmakiem. Kosze na śmieci były specjalnie zabezpieczone przez wbetonowane w podłoże, metalowe ścianki i pokrywę otwierającą się przez przycisk, w ten sposób wielkie drapieżniki nie mogły sie dobrać do resztek jedzenia i nie miały po co zbliżać się do ludzkich ścieżek.  Powietrze było ciepłe i wilgotne, przez co ciężko się szkło pod górę. Na szczycie usiedliśmy przy skałkach i obserwowaliśmy kłębiące się chmury szybko przesuwające się po niebie. Niestety w takich warunkach nie zobaczyliśmy całego uroku tego miejsca, ale to tylko zaostrzyło apetyt na dalsze wędrówki. Wieczorem rozpaliliśmy ognisko i gawędziliśmy w grupą gości pensjonatu, którzy przyjechali, aż z Łodzi i już złapali bieszczadzkiego wirusa zastanawiając się jakby to było rzucić wszystko i osiąść tu na stałe. Kto nie ma takich myśli będąc tu...


Mieniak tęczowiec

Kolejny dzień to była zabawa w kotka i myszkę z pogodą, raz słonce raz deszcz. Zapytaliśmy gospodarza, czy iść na Magurę Stuposiańską, ale nam odradził i wysłał w przeciwnym kierunku na Otryt, bo tam było mniej chmur. Trochę nas zszokował mówiąc, że wczoraj piorun raził śmiertelnie turystę na Tarnicy. Nie ma się co droczyć z pogodą, to ona tu rządzi. Ruszyliśmy więc do Republiki Wolnej myśli na Otrycie. Miejsce znane ze schroniska, które przyciąga niebanalne osobowości. Nie ma w nim elektryczności oraz ... ciszy nocnej, przynajmniej tak głosi regulamin. Droga pod górę przypominała raczej Moon Walk niż marsz. Gliniaste błoto dostarczyło nutki adrenaliny, gdy trzeba było łapać równowagę w ostatnim momencie przed zetknięciem się z żółta mazią. Deszcz nas i tutaj dogonił wbrew przewidywaniom gospodarza. No ale jak przyjemnie jest usiąść po takich trudach na drewnianym balkonie schroniska z widokiem i to w niespodziewanych promieniach słońca.  Samo miejsce trochę mnie rozczarowało. Prądu faktycznie nie było ale chodził głośny agregat, 30 osób które tam przybywało hałasowało, a jakby tego było mało to jeszcze słychać było remonty, bo domek jest odbudowywany po pożarze. Wyobrażałam sobie to słynne miejsce jako ostoję spokoju, ale kolejny raz przekonałam się, że lepiej jest nie mieć oczekiwań.

Widok na Połoninę Caryńską

W przedostatni dzień wycieczki nareszcie udało się złapać pełnowymiarową pogodę. Słońce dało z siebie wszystko. Tego nam trzeba było, żeby wybrać się w najładniejsze miejsce tego wypadu - na Wielką Rawkę. Zostawiliśmy auto na Przełęczy Wyżniańskiej i stamtąd ruszyliśmy szeroką kamienistą drogą z widokiem na obie połoniny i Tarnicę. Obok nas ciągnęła się pachnąca łąka kwietna, a przed nami szeleścił gęsty las, w który wkrótce się zanurzyliśmy. Energii dodawał nam cieniutki potoczek, który spadał z góry po kamienistym zboczu. Szczyt nie był zalesiony, pokrywały go głownie borówczyska i trawy lśniące w promieniach słońca. Na szczęście nie wiało mocno i można było przyjemnie posiedzieć i kontemplować szeroką panoramę Bieszczad polskich, a po drugiej stronie słowackich i ukraińskich. Nie chciało się wracać z tak pięknego miejsca, zwłaszcza, że ludzi robiło się coraz mniej i nastała idealna cisza. Tym dniem nasyciliśmy swój górski głód, ale w głowach już świtał pomysł na kolejny wysokościowy przepis.

Z Wielkiej Rawki na Małą Rawkę
W niedzielę po leniwej kawie na balkonie spakowaliśmy się i pojechaliśmy do drewnianego kościółka na msze. Parne powietrze mieszało się z zapachem starego drewna, a mieszkańcy z turystami. Z kazania można było wyczuć, silne więzi miejscowej społeczności. Ksiądz mówił o tutejszym życiu we współpracy z naturą i jej darami. Tylko trochę się zapędził w wychwalaniu ludzkiej ręki, bo stwierdził, że bez człowieczej opieki, czyli uprawy ziemi, nawożenia nic nie urośnie, ani jeżyny ani jagody ani grzyby... Zastanawialiśmy się, że to może być niezły biznes jak wymyślimy nawóz na grzyby... Potem udaliśmy się na Święto Jagody, któremu towarzyszyła gitarowa muzyka poezji śpiewanej, liczne stoiska z rękodziełem i przede wszystkim jedzenie z jagodami. Kupiliśmy sobie placek i gofra, ale smakołyków było znacznie więcej. Oglądnęłam jeszcze pokaz jazdy konnej naturalnej bez wędzidła przedstawiony przez słynnego bieszczadzkiego zakapiora - Pana Ryśka i z tęsknotą oraz fioletowymi zębami musieliśmy wracać do domu.

Wielka Rawka


3 komentarze:

  1. W Bieszczadach bywamy teraz sporadycznie, raczej przy okazji jakichś imprez, to i na jakąś górkę wyskoczy się; jakoś w lecie ogrom turystów na szlaku trochę przeraża, to i włóczymy się po pustkowiu Pogórza, a także poznajemy inne góry, bardziej na zachód; lubimy Kamień Dwernik, bo tam można z psami powędrować, a zdobywamy go zazwyczaj od Nasicznego; pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. W jesienne weekendy też zatrzęsienie turystów, ale mi się jakoś zawsze udawało, że były niemal pustki. Może dlatego, że jeżdżę raczej na tygodniu. Pozwolę sobie wkleić cytat ze strony http://www.radio.rzeszow.pl/informacje/item/32858-rekordowa-ilosc-osob-odwiedzila-bieszczady "Rekord frekwencji padł w tym roku na szlakach w wysokich Bieszczadach. Jak podaje Bieszczadzki Park Narodowy w sezonie - który trwa od końca kwietnia do połowy listopada odnotowano 353 tysięcy 700 tzw. osobo-wejść na szlaki piesze." Więc masz racje z tym szukaniem bardziej odludnych miejsc :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak to właśnie jest ze "słynnymi miejscami", zazwyczaj wyobrażenie wielokrotnie przerasta rzeczywistość ;) Fajny wpis :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...