tło

niedziela, 3 września 2017

Beskid Niski: Krzywa - Czarne - Nieznajowa - Wołowiec

Za każdym razem, gdy przymierzam się do napisania relacji z wycieczek po Beskidzie Niskim, ogarnia mnie obawa, że żadne słowa nie oddadzą wrażenia pustki. I nie mam tu na myśli braku zabudowań, pewnie są znacznie większe pustki  materialne gdzieś na stepach, pustyniach, jednak nie istnieje głębsza pustka niż ta pozostała po obecności ludzi. Żyli tutaj z pokolenia na pokolenie trudząc się pracą i współpracą ze srogą naturą. Budowali i odbudowywali swoje gospodarstwa, cerkwie, by pewnego wiosennego dnia, gdy wydawałoby się, że zawierucha wojenna już za nimi, nadszedł moment, kiedy to wszystko musiało się obrócić w nicość. Co byś wziął z sobą, gdybyś miał na spakowanie kilka godzin i ograniczone miejsce na bagaż? Jakbyś spojrzał w oczy psu na łańcuchu, którego zostawiałbyś na pastwę wilków? Nie jestem sobie w stanie wyobrazić ich rozpaczy, tak jak i oni nie mogli uwierzyć w to co się działo. Gdy wioska znikała za kolejnym wzgórzem, a żałosne wycie psów unosiło się jeszcze dalej, dalej niż wzrok sięgał.   
Krzywa -  cerkiew św. Kosmy i Damiana (obecnie kościół katolicki NMP Niepokalanie Poczętej)

niedziela, 20 sierpnia 2017

Połoninki Rybotyckie

W cieniu pałacowego blasku przemyskiego dworca kolejowego, stanął w czasie i przestrzeni stary i poczciwy dworzec PKS-u. Nic się tu nie zmieniło od lat, łącznie z autobusami, tylko kursów jakby mniej. Zamiast informacji turystycznej z multimedialnym ekranem i stosem kolorowych broszurek w małym okienku jest Dyżurny Ruchu. "Do Bryliniec?" -  upewnia się czy, aby para młodych ludzi z plecakami nie przekręciła nazwy, której dawno nie słyszał, a może tylko widział na rozkładzie. "Do Bryliniec to z godzinę zejdzie"- *dwa razy dłużej niż pokazuje wszechwiedzące google. "Z Makowej?!" - jego oczy robią się jeszcze większe mimo, że jego poranna kawa stoi jeszcze nietknięta. "Ostatni odjeżdża o 15.45, a prywatnych busów tam nie ma" - ** to akurat nie jest dobra wiadomość, więc wyciągam z bocznej kieszeni plecaka plan B, czyli 'jakoś to będzie.' 
Kierowca zerka kątem oka na naszą rozmowę, wciskając niedopałek do popielniczki, po czym odchodzi nieśpiesznie a wraz z nim cienka smuga dymu wciska się do autobusu, zatacza spiralę nad jego połysiałą głową i zaczepia nas pod nosem. "Na pewno na sam koniec trasy chcecie?" - zabrzmiało co najmniej jak na koniec świata. 

Zajmujemy honorowe miejsce w pierwszym rzędzie, na wytartych siedzeniach z niezmordowanymi sprężynami, które cieszą się na każdej napotkanej nierówności. Styrane ciało autobusu połyka jeszcze kilku podróżnych w starszym wieku, by lewym brzegiem Sanu opuścić bramę Wschodu, jak się często nazywa Przemyśl. Turyści jadący tędy samochodem zatrzymaliby się pewnie w Krasiczynie, ale to nie miejsce dla starodawnego PKS-u, jedzie więc dalej drogą na Bieszczady, to już bliższe mu klimaty, ale schody na Tarnicę to już dla niego za wiele, więc nie zastanawiając się długo, skręca w lewo. Pośród wiejskiej zabudowy, krów na łące, chłopami pod sklepem i babinie na ławce przed płotem czuje się jak u siebie, tylko, że to ostatni przystanek i czas zawrócić. 
Brylińce - Dawna cerkiew greckokatolicka
Wysiadamy niepewnie w dawnej wołoskiej wsi królewskiej. "Którędy do Kopysna?" - rzucam szybkie pytanie wsiadającym do autobusu miejscowym i otrzymuje równie szybką odpowiedź w przelocie, nie rejestrując spojrzenia. W lewo i pod górę. Za ostatnimi gospodarstwami odwracam się, żeby spojrzeć na dawną cerkiew greckokatolicką. Widoczna pewnie z każdego rogu wsi, stoi na wzgórzu; czemu do nieba zawsze jest pod górkę. 

Koło ucha zbliża się coraz głośniejsze brzęczenie, potem ucicha, by zatopić się w spoconej skórze. Widocznie tutejszym bąkom znudził się zapach bydła, a spodobał mieszczański Off. Przyspieszamy, żeby w wilgotnym lesie zgubić pasażerów na gapę. Powietrze mimo porannej godziny robi się coraz cięższe, parne, a na błękitne niebo nasuwają się chmury, nie burzowe, włochate jak gruby koc, ale w tej temperaturze koc jest ostatnią rzeczą o jakiej marzę. 

Las przynosi częściowe ukojenie, ale w głowie zaczynają wyświetlać się niechciane filmy czarnowidztwa - najświeższe nagłówki w nowościach podkreślały, że w okolicach Birczy spotkano niedźwiedzicę z młodymi. Nastawiam uszy na tryb czujności, nagle zamiast ryku niedźwiedzia słyszę wybuch. Zastygam w miejscu, jak pewnie wszystkie leśne zwierzęta. Fala drgań przechodzi przez ziemię, wnika w stopy, przelatuje przez zdziwione ciało i dochodząc do mózgu wytrąca mnie z bezruchu. 
Czerwony szlak z Bryliniec na Kopystańkę

Brniemy przez czerwony szlak w błocie, manewrując między koleinami i kałużami. Drugi wybuch i ta sama fala przeszyła nas i cały krajobraz, łącząc się w strachu i niedowierzaniu. Gdy docieramy do Kopysna, wszystko staje się jasne na widok aut Geofizyki Kraków - pewnie poszukują złóż gazu. 


Znajome mi skrzyżowanie z krzyżem w prawie opuszczonej wiosce nasuwa na myśl miłe wspomnienia, kiedy to spontanicznie postanowiliśmy przenocować w samochodzie właśnie na tym polnym rozdrożu o czym już kiedyś pisałam.

Opuszczony dom w Kopyśnie

Droga w prawo ma nas zaprowadzić na Kopystańkę, bardzo widokową górę Pogórza Przemyskiego. Mijamy dwa domy, chyba jedyne zamieszkałe, ale może się mylę. Droga staje się momentami nie do przejścia suchą stopą. Z naprzeciwka słyszymy warkot wściekłej terenówki, która za zakrętem na pewno nas nie widzi, a mając po bokach wąskiej drogi jakieś chaszcze, nie mamy szans się gdzieś schować, więc szybko się wycofujemy. W ostatniej chwili mija nas błotny wachlarz, kłębek spalin i obraz jeszcze bardziej zmasakrowanej drogi. Postanawiam spróbować dojść dolną drogą, więc schodzimy kawałek w kierunku Rybotycz, by koło kapliczki odbić w prawo. Tym razem dobiega nas kolejny niepokojący odgłos niczym helikopter. Staje się coraz wyraźniejszy, więc wdrapuję się na boczną polankę, a stamtąd odsłania się widok na sznur maszyn wolno posuwających się w kierunku Kopystańki. Cel naszej wycieczki nagle przestał mieć sens. Przecież mieliśmy uciec od zgiełku, pędu i automatycznego życia, właśnie tutaj na Pogórze Przemyskie, bo jeśli tego tu nie znajdziemy to gdzie?
Połoninki Rybotyckie

Zostały przed nami dwie opcje: albo zejść szlakiem żółtym do Rybotycz i co chwila ustępować miejsca samochodom z Geofizyki, albo cofnąć się do mojego sentymentalnego skrzyżowania w Kopyśnie i polnymi ścieżkami przejść przez Połoninki Rybotyckie. Wybór wydaje się oczywisty.

Otwiera się przed nami przestrzeń pachnących łąk. Zapachy kwiatów mieszają się odurzającą wonią siana. Z jednej strony towarzyszy nam widok na Kopystańkę, a z naprzeciwka majaczą w niedalekiej oddali wieże klasztoru w Kalwarii Pacławskiej. 
Widok na Kalwarię Pacławską

Polna droga faluje między łagodną linią zielonych wzgórz. Postrzępiony zarys lasu na przeciwległym brzegu Wiaru budzi respekt. To pewnie tam przechadzają się niedźwiedzie, nie niepokojone turystycznym wścibstwem, choć wyznaczony jest szlak na Suchy Obycz, ale ile osób tam się zapędza?
 A gdyby tak, te łąki ciągnęły się setkami kilometrów? Gdyby nie było słychać nic, prócz stąpania chrząszcza po wyschniętym źdźble trawy? Jakie to by było uczucie? 

Biorę wdech, by odetchnąć, że w końcu dotarłam w miejsce idealne, gdy zamieram w bezdechu na widok trzech dużych traktorów koszących łąki. Na zrezygnowanym wydechu przyspieszam krok by ich minąć, ale jak na złość posuwają się razem z nami. Na zmianę się mijamy, oni niewzruszeni wykonując swoją pracę, i my załamani uciekając z jednego hałasu w drugi. Jedynie bociany wydają się być zadowolone, krążąc nad nami, by z gracją osiąść na świeżo skoszonej łące.
 

Słońce bezlitośnie pali nas prosto w twarz na której przylepia się kurz koszonych łąk zmieszany ze spalinami traktorów. Owadzie ugryzienia swędzą jeszcze bardziej w tej mieszance Offu i kremu z filtrem. Nieopatrznie skręcamy w złą drogę i schodząc w dół zostajemy zatrzymani przez bramę z napisem "Uwaga pies", a może uważaj gdzie idziesz. Wracamy pod górkę w milczeniu, nie ma sensu narzekać. Jak nam źle to nie trzeba było w ogóle nigdzie jechać tylko siedzieć w dusznym mieście. Teraz mamy w głowie tylko jedną myśl, która trzyma w nas resztki cierpliwości - kąpiel w orzeźwiającym Wiarze. 
Rybotycze

Rząd małomiasteczkowych domków oznacza, że dotarliśmy do Rybotycz. Czy znajdziemy tu ślady dawnej świetności tutejszych cenionych rzemieślników lub artystów, którzy pisali ikony. Rybotycze słyną do dzisiaj z tego, że były ośrodkiem  malowania ikon, które wyróżniały się tym, że do surowych kanonów wtrącono elementy sztuki ludowej. Tanie ikony pisane były głównie na potrzeby ludności, sprzedawane na jarmarkach, ale liczne dzieła do dzisiaj można spotkać w cerkwiach rozsianych po całych Karpatach, a w także w muzeach.
Rybotycze

Mikołaj Ossoliński otrzymał Rybotycze wraz z wianem i odtąd stały się jego główną siedzibą, skąd wyruszał na wyprawy wraz ze swoim wojskiem. W zamku przebywał sam Stanisław Stadnicki zwany Diabłem Łańcuckim, po swojej ucieczce ze zdobytego  Łańcuta.
Droga z Rybotycz do Makowej

Na drodze ruch jest prawie zerowy. Czasami przejedzie jakiś motorek, albo samochód z miejscową rejestracją, a to trochę burzy wizję powrotu autostopem. Pod sklepem grupka mężczyzn przerywa dyskusje na widok obcych. Wchodzimy kupić wodę, ekspedientka zdaje się nas nie zauważać, jakby automatycznie podaje nam butelkę, wybija na kasie, cały czas nie przerywając rozmowy o kiszeniu ogórków. Dróżka za sklepem poprowadzi nas prosto nad Wiar. Z ulgą ściągam buty i zanurzam się powyżej kolan w wartkim nurcie. Mam niewytłumaczony sentyment do tej rzeki, mimo że ani nie jest długa, ani głęboka. Rozbryzguje się figlarnie na kamieniach, obmywa stanowczo stromy brzeg z fliszu; nie może się zdecydować, czy płynąć po polskiej stronie, czy po ukraińskiej, może jej to bez różnicy, tylko ludzie wydziwiają z granicami, ciągle je zmieniając i podpisując krwią. 
Wiar w Rybotyczach

Woda zmywa ze mnie zmęczenie, brud, upał, oczyszcza umysł ze złości i rozgardiaszu myśli.

Słońce chowa się za skarpą, gdzieś tam czeka na moje odkrycie Skała Machunika i wodospad, ale to nie dzisiaj. Czas wracać, a autostop łatwiej będzie złapać z Makowej.  Przy końcu Rybotycz mijamy kierunkowskaz na żydowski cmentarz. Gdy go szukałam trzy lata temu, nie był oznakowany, a naprawdę warto tam wstąpić i położyć swój kamyczek na macewie. Idziemy rozpalonym asfaltem, z lewej okrągłe jak pączki wzgórza, z prawej Wiar. Czasem minie nas samochód z Geofizyki i to wszystko, środek tygodnia, a ruch jakby zamarł. Gdy dochodzimy do skrzyżowania z drogą arłamowską, mamy szczęście - zatrzymał się pan z Poznania i podwiózł na przemyską obwodnicę kończąc tym samym naszą kilkugodzinną wycieczkę po Pogórzu Przemyskim.


* okazało się, że jednak autobus z Przemyśla do Bryliniec jedzie 35 minut
** okazało się, że jednak jest prywatna firma transportowa na trasie Makowa - Przemyśl

niedziela, 2 lipca 2017

Przemyśl - polski Rzym

Na siedmiu wzgórzach przeciętymi graniczną rzeką San, rozścieliło się miasto Przemyśl. Z Rzymem łączą go nie tylko wzgórza, ale i ilość kościołów, które zbudowano z iście rzymskim rozmachem. Przemyśl ma w sobie coś romantycznego, architektura starych kamienic nasuwa na myśl nostalgiczny klimat Kresów. Całe szczęście, że nie podzielił losu niedalekiego Lwowa.
Widok z Wieży Zegarowej na Przemyśl

Założycielem miasta był książę Przemysław i od jego imienia pochodzi nazwa. Według legendy książę ruszył na polowanie i w miejscu, w którym upolował niedźwiedzicę założył osadę z jej wizerunkiem w herbie. W średniowieczu niedźwiedź, władca europejskich puszcz i borów, symbolizował potęgę, waleczność i nieustępliwość wobec nieprzyjaciół. Pomnik zwierzęcia stoi dziś na rynku i bardziej kojarzy się z misiem cierpliwie pozującym do zdjęć niż z władcą puszczy.
Przemyski niedźwiedź
Na unikalnym, pochyłym rynku znajdował się renesansowy ratusz, jednak został rozebrany w 1794 roku decyzją władz zaborczych.


Przemyśl ze względu na strategiczne położenie na szlaku do Lwowa i u bramy Karpat, miał szanse się rozwijać, ale jednocześnie stanowił miejsce  najazdów. W czasie I wojny światowej rozegrały się tu jedne z największych bitew XX wieku w Europie. O Twierdzy Przemyśl pisałam już przy okazji zwiedzania kilku fortów.




Przemyśl jest stolicą dwóch Arcybiskupstw: rzymskokatolickiego i greckokatolickiego.
 
 Wieża Katedralna o wysokości 71 metrów

Archikatedra rzymskokatolicka wybudowana  w XV i XVI wieku

Wnętrze katedry




Ołtarz w katedrze przemyskiej

Archikatedra  greckokatolicka  mieści się w dawnym barokowym  kościele  Najświętszego Serca Jezusa wzniesionym  dla  jezuitów w XVII wieku. W 1991 roku Ojciec Święty Jan Paweł  II przekazał kościół grekokatolikom, którzy przystosowali go do potrzeb obrządku wschodniego. We wnętrzu świątyni jest zabytkowy XVII-wieczny ikonostas z cerkwi w Lubaczowie.

Ikonostas w archikatedrze greckokatolickiej

Kościół franciszkanów wybudowany w XVIII wieku

Kościół reformatów z XVII wieku był niegdyś otoczony murem obronnym ze strzelnicami pełniąc wraz z klasztorem rolę barbakanu dla nieistniejącej obecnie Bramy Lwowskiej. Po rozebraniu murów miejskich i zasypaniu fosy poziom gruntu podniósł się na tyle, że obecnie kościół wydaje się być zapadnięty poniżej poziomu ulicy.
Kościół reformatów
 Kościół karmelitów dominuje nad starówką.

Kościół karmelitów






Dzwony biją tak samo, jak przed laty, gdy zrobiono je właśnie tutaj w słynnej fabryce, z której eksport niósł się na wszystkie kontynenty. Dziś eksponaty można oglądać w jedynym w Polsce Muzeum Dzwonów i Fajek w Wieży Zegarowej. 

Wieża zbudowana została jako dzwonnica planowanej, ale nigdy nie wzniesionej nowej katedry greckokatolickiej, jednocześnie jest to idealny punkt widokowy, tak samo jak wieża katedralna. Nawet jeśli, ktoś nie jest fanem muzeów, lub tak jak ja wybiera je bardzo skrupulatnie zgodnie ze swoimi zainteresowaniami, to jednak gorąco namawiam, żeby akurat tego muzeum nie pominąć. Będziecie zaskoczeni jak wymyślne formy mogą przybrać fajki. Takie małe dzieła sztuki, a ile kunsztu i cierpliwości wymagało ich wyrzeźbienie.



 
Zabytkowa część Przemyśla nie jest duża, można spokojnie odłożyć mapę do torebki i po prostu spacerować chłonąc specyficzny klimat. Z jednego kościoła traficie kilka metrów dalej do drugiego, a może zawędrujecie w boczne uliczki z zabytkowymi willami przysłoniętymi starodrzewiem z rozśpiewanymi ptakami, jak np. na ul. Puszkina czy Chopina.





Na jednym ze wzgórz, cały w bieli jak perełka stoi zamek Kazimierzowski, a obok niego jest świetny punkt widokowy na dolinę Sanu.




Troszkę dalej od centrum stoi cerkiew prawosławna. Zauważyliście już mieszankę religijną w tym przygranicznym mieście?

Kościół Ewangelicki
 
Cerkiew prawosławna Zaśnięcia MB


Na koniec zwiedzania zostawcie sobie najwyższy punkt - Kopiec Tatarski, taka wisienka na torcie. Wznosi się na wysokości 352 m n.p.m.  i roztacza się stąd widok nie tylko na Przemyśl, ale przy dobrej pogodzie dostrzeżecie bieszczadzkie szczyty. 


Widok z kopca tatarskiego
Na kopiec możecie podjechać kawałek samochodem i zostawić go pod krzyżem widocznym z bardzo daleka, lub wejść pieszo z uroczego parku Kazimierzowskiego i poczuć się trochę jak w górach. Zwłaszcza, że znajduje się tu również
stok narciarski! Długość najdłuższej trasy wynosi 1200 metrów, a w lecie jest tor saneczkowy.
 
Krzyż Zawierzenia z 2000 roku

U podnóża kopca rozciąga się cmentarz katolicki, wojenny i żydowski. Niektóre nagrobki od samego patrzenia wprawiają w zadumę, a inskrypcje ściskają serce.
 
Cmentarz żydowski

 

Cmentarz wojenny
Zabytkowe nagrobki na przemyskim cmentarzu






W Przemyślu zabytkowy jest nawet dworzec kolejowy, który w środku bardziej przypomina salę balową w jakimś pałacu niż poczekalnię.




Dworzec kolejowy

W Przemyślu o każdej porze roku i dnia miło jest spacerować. Na zakończenie jeszcze kilka zdjęć nocnych:





 
 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...